Go Home – to słowa, które ile sił w gardle 13 grudnia 2004 roku wykrzykiwał Lars Göran Bromander, ze sztokholmskiego oddziału Byggnads[1] pokazując łotewskim pracownikom łotewskiej firmy Laval gdzie jest ich miejsce. Łotysze, którzy budowali szkołę w podsztokholmskiej miejscowości Vaxholm, zostali zablokowani przez szwedzkie związki zawodowe. Blokada w Vaxholm szybko stała się ogólnonarodową walką Szwedów o dobre warunki pracy dla Łotyszy. Przez 100 dni siedem związków zawodowych w bagatela czterdziestu tysiącach miejsc pracy uczestniczyło w blokadzie[2]. Jej przyczyną był konflikt wywołany sporem pomiędzy związkami zawodowymi, a łotewską firmą, która śmiała sprzeciwić się zaproponowanym warunkom. Łotysze zarabiali mniej niż miejscowi pracownicy i nie podpisali się pod szwedzkim układem zbiorowym regulującym płace dla sektora budowlanego. Związkowcy szwedzcy uznali, że Laval stosuje dumping socjalny i zaniża standardy pracy. Zdenerwowany Byggnads w końcu postawił ultimatum, którego spełnienie było nierealne. Związkowcy zagrozili, że jeżeli firma nie zapłaci swoim łotewskim pracownikom 145 SEK za godzinę – czyli 20 SEK powyżej średniej, związek nie podpisze z nią umowy, stwierdzając że Laval odrzuca szwedzki porządek[3]. Związek będzie więc zmuszony do postawienia blokady.
Vaxholm, 13 XII 2004. Lars Göran Bromander wykrzykuje Go Home i pokazuje Łotyszom, gdzie ich miejsce
W jej rezultacie łotewska spółka zbankrutowała, a precedensowa sprawa trafiła do ETS w Luksemburgu. W grudniu 2007 toku ETS w swojej opinii uznał, że blokada w Vaxholm była sprzeczna z prawem UE, ponieważ dyskryminowała firmy spoza Szwecji. Sędziowie Trybunału podnieśli też, iż sama szwedzka ustawa, dopuszczająca akcje związkowe mające na celu wymuszenie zastąpienia układu zbiorowego z zagranicznym związkiem, układem ze związkiem szwedzkim, jest dyskryminująca, czyli niezgodna z unijnymi regulacjami. ETS wyraził się też negatywnie na temat skomplikowanego i wyjątkowo nieprzyjaznego sposobu negocjowania związków z zagranicznymi firmami, co przyczynia się do ograniczenia swobodnego przepływu usług na rynku wewnętrznym UE. Unijne regulacje naruszyło też wyeliminowanie przez Byggnads polskiego przedsiębiorcy budowlanego. Szwedzki związek, mimo iż był związany umową z Polakiem stosował środki nacisku wysyłając listy z pogróżkami. Sprawa trafiła do Trybunału Pracy, instytucji która powinna stać na straży praworządności, zawsze będąc całkowicie niezależną, bezstronną i obiektywną. Tymczasem przebieg rozprawy i sam wyrok odbiegał od reguł rządzących demokratycznym państwem prawa. Sąd swoją argumentację oparł wyłącznie na zeznaniu czterech funkcjonariuszy Byggnads, którzy stwierdzili, że nie grozili Polakowi, chcieli mu tylko przekazać informację. Na tej podstawie Trybunał Pracy oddalił skargę polskiego przedsiębiorcy. Mimo, iż został on skutecznie wyeliminowany z rynku, to nie można udowodnić, że to było głównym celem szwedzkiego związku. Co więcej, Polak zmuszony był zapłacić Byggnads 154 tysiące SEK(!) za koszty prawne[4]. To, że zagraniczni przedsiębiorcy buntują się przeciwko, delikatnie mówiąc, nieprzyjaznej polityce Byggnads nie jest zaskoczeniem. Związek zmusza do uiszczania na jego rzecz opłaty za tzw. usługi kontrolne, wynoszącej 1,5% płacy. Najdziwniejszy jest fakt, że płacić muszą też firmy, których pracownicy nie są zrzeszeni w związku i nie mają z nim nic wspólnego. I to one płacą najwięcej, bo przecież nie uczestniczyły w centralnych negocjacjach płacowych. Taki jest wątpliwy urok szwedzkiego systemu, który dopuszcza by dwie dominujące „strony” na rynku pracy zawierały układy, gwałcąc prawa pozostałych, to jest mniejszości swego rodzaju: niezrzeszonych, studentów, freelancerów, cudzoziemców…[5].
Plakat Byggnads z 2004 roku. Na górze napis: Wykorzystywany gastarbeiter 39,90 za godzinę (normalna cena 137 za godzinę). Na dole napis: Umowa zbiorowa, żeby było sprawiedliwie
Kluczowym elementem szwedzkiego i duńskiego systemu jest bowiem ogromna rola związków zawodowych. To nie parlament tylko właśnie związki w porozumieniu z pracodawcami, najlepiej bez żadnej ingerencji państwa, decydują o wynagrodzeniach (w tym płacach minimalnych), warunkach pracy, przepisach pracy, normach itp. Prze lata model ten był dla Skandynawów powodem do dumy, bo dzięki niemu udało się uniknąć strajków i niepokojów społecznych. Wielu, właśnie w ogromnej roli związków zawodowych, dopatruje się źródła skandynawskiego dobrobytu. W Szwecji istnieją trzy centralne organizacje związkowe: Szwedzka Konfederacja Związków Zawodowych (LO), Centralna Organizacja Związków Zawodowych Urzędników (TCO), Szwedzka Centralna Organizacja Akademików (SACO)[6]. W sumie wskazane wyżej organizacje zrzeszają aż 87% wszystkich osób obecnych na rynku pracy, co stanowi najwyższy wskaźnik uzwiązkowienia na świecie. Nie dziwi więc to, że każdy kto nie należy do związku traktowany jest jako wróg publiczny numer 1, który ma czelność sprzeciwiać się szwedzkiemu porządkowi. Bo w Szwecji obowiązują szwedzkie zasady, Na przykład ta, że niepotrzebne są ustawy, bo związek zawodowy bezstronnie i bezinteresownie zadba o interesy wszystkich pracowników[7]. Niestety wydaje się, że reguła ta nie do końca przystaje do szwedzkiej rzeczywistości. Słowa bezstronnie i bezinteresownie trzeba by zastąpić zwrotami subiektywnie i zgodnie ze swoim interesem, a wyraz wszystkich zamienić na tylko zrzeszonych, lojalnych, podporządkowanych i opłacających składki. Z biegiem czasu związki zawodowe państw skandynawskich rosły w silę, a rządy z zadowoleniem przyglądały się rozwojowi tej swoistej perły w skandynawskiej koronie. Niestety zaślepione władze z czasem straciły kontrolę nad organizacjami zawodowymi, które tak jak potężne lobby przemysły farmaceutycznego czy zbrojeniowego w USA, mają ogromną siłę oddziaływania i ogromne pieniądze, co pozwala im na samodzielnie dyktowanie warunków na rynku pracy.
[1] Jeden z największych i najbardziej wpływowych związków zawodowych w Szwecji, zrzeszający pracowników i działaczy branży budowlanej.
[2] M. Zaremba, Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008, s. 17.

