Ciosani z twardszego drewna – tak w latach 60. ubiegłego wieku mówiono w Szwecji o mieszkańcach Norrlandii najbardziej na północ wysuniętej części kraju[1]. Położona z dala od miejskich spalin, zgiełku, smogu kraina niezliczonych jezior, lasów, jawiła się niczym leczniczy balsam dla duszy i ciała. Tymczasem zatłoczony stołeczny Sztokholm niekorzystnie wpływał na kondycję swoich mieszkańców, którzy najczęściej musieli korzystać z pomocy lekarza. I nie byłoby nic osobliwego w tej statystyce gdyby nie fakt, że 40 lat później okazało się, że najzdrowsi są mieszkańcy stolicy, a obywatele nieskazitelnie czystej Norrlandii wyjątkowo chorowici i cherlawi. Przyczyną tego paradoksalnego przetasowania jest paradoksalnie…państwo dobrobytu. W Szwecji przeregulowanie trybików wielkiej machiny państwa dobrobytu sprawiło, że Szwedzi zapomnieli jaki jest sens służby zdrowia: skutecznie leczyć ludzi. A same machiny służby zdrowia państw skandynawskich wydają się być dosyć skomplikowane.
Na początek nieco o Norwegii. Najważniejszym elementem norweskiego systemu służby zdrowia jest lekarz pierwszego kontaktu, który jest odpowiedzialny za świadczenie potrzebnych usług medycznych w stosunku do osób ze swojej listy. Sprawuje on też pomoc natychmiastową. Ponadto taki lekarz współpracuje z pozostałymi instytucjami funkcjonującymi w ramach podstawowej służby zdrowia, a także z oddziałami opieki społecznej, jeśli jest taka potrzeba ze strony mieszkańców znajdujących się na jego liście. W zależności od konkretnego przypadku i sytuacji chorego, lekarz pierwszego kontaktu, podobnie jak polski lekarz rodzinny, może skierować pacjenta do odpowiedniego specjalisty. Mogą to być prywatni specjaliści kontraktowi, specjaliści, którzy przyjmują w regionalnym centrum medycznym, przy poliklinice przyszpitalnej lub poliklinice pozaszpitalnej. W regionalnym centrum medycznym specjalistyczna opieka medyczna i podstawowa służba zdrowia skupione są w jednym miejscu. W przypadkach, które wymagają hospitalizacji, zarówno psychiatrycznych jak i somatycznych, pacjent kierowany jest do szpitala, zarówno publicznego jak i prywatnego. Pacjent sam może wybrać, w którym szpitalu chce być leczony. Anja Larsen, czterdziestokilkuletnia mieszkanka Narviku musi dokonać wyboru kliniki, w której przejdzie operację stawu biodrowego. Anja nie jest jednak zanadto zmartwiona tym, że na dworze srogi mróz, a każda dłuższa wyprawa z domu to ból i obciążenie dla chorego stawu. Do Anji przybywa więc przedstawiciel służby zdrowia, z którym wspólnie załatwia wszelkie formalności dotyczące wyboru placówki. Skądże znowu! Tak robiło się w Norwegii kiedyś, ale nie dziś! Anja siada więc przed ekranem monitora i na stronie www.sykehusvalg.no sama wybiera miejsce leczenia[2]. Zaznacza chorobę na liście pojawiającej się po wskazaniu dziedziny – Zdrowie Fizyczne (Fisysk Helse). Następnie wskazuje dział - ortopedia, z którego wybiera nazwę zabiegu, któremu zostanie poddana. Potem wybiera region w którym mieszka, czyli Helse Nord. Pojawia się lista kilkudziesięciu placówek, które wykonują wskazaną operację. Obok nazwy miejscowości podany jest czas oczekiwania na zabieg w konkretnej placówce oraz data aktualizacji. Często widnieje też przewidywany czas leczenia. W większości przypadków można znaleźć placówkę, która wykona zabieg za 3-4 tygodnie, a w odniesieniu do niektórych dolegliwości nawet za tydzień. Można wybrać też leczenie w prywatnych szpitalach, które zawarły umowę z regionalnymi oddziałami służby zdrowia. Ze względu na swoje wyspecjalizowanie, szpitale te stają się coraz bardziej popularne. Funkcjonuje wiele takich specjalistycznych szpitali, do których można się zwrócić, w zależności od zaawansowania stanu choroby pacjenta.. Te publiczne koordynowane są przez regionalne centra służby zdrowia ( Helse Nord, Helse Midt-Norge, Helse Vest og Helse Sør-Øst ) i to na nich spoczywa odpowiedzialność za specjalistyczne usługi medyczne dla ludności swojego regionu [3]. Charakterystyczną cechą norweskiego systemu służby zdrowia jest szeroka profilaktyka w myśl zasady mówiącej, że lepiej zapobiegaćniż leczyć. Bogata Norwegia, swego czasu, w ramach owej profilaktyki zaczęła płacić swoim obywatelom za każdy przejechany na rowerze kilometr. Większa aktywność fizyczna to przecież mniejsza zachorowalność na choroby serca i układu krążenia.
Przyszedł czas na powrót do serca modelu socjaldemokratycznego - Szwecji. Będzie ciekawej, co wcale nie oznacza, że będzie łatwiej. Wręcz przeciwnie, Szwecja szykuje się do przeprowadzenia ważnej reformy służby zdrowia, które ma być odpowiedzią na pojawiające się w ostatnich latach rysy na kryształowym wizerunku szwedzkiej służby zdrowia. Zanim jednak o rysach, najpierw o strukturze samego kryształu, czyli w tym wypadku koncepcji szwedzkiej służby zdrowia ukazanej od strony teoretycznej.
Jak przystało na modelowe państwo opiekuńcze Szwecja gwarantuje swoim równy dostęp do opieki zdrowotnej oraz jej wysoki poziom. Podstawowym szczeblem opieki zdrowotnej są w Szwecji przychodnie rejonowe, udzielające obywatelom świadczeń w razie choroby lub obrażeń nie wymagających hospitalizacji. Szwedzkie przychodnie zdrowia są obowiązane do udzielenia pomocy pacjentowi w dniu zgłoszenia, a okres oczekiwania na wizytę u lekarza specjalisty nie może przekraczać 3 miesięcy. W przeciwieństwie do pozostałych państw regionu, w Szwecji to nie instytucja lekarza rodzinnego (domowego) zyskała szczególnie na popularności. Lekarz pierwszego kontaktu zazwyczaj nie kieruje całym procesem leczenia i nie pełni, jak w innych krajach, roli swoistego przewodnika w systemie. Na wizytę do specjalisty można zgłosić się bez skierowania lekarza opieki podstawowej. Rozwiązanie to nie należy do najkorzystniejszych, bowiem wielu pacjentów nadużywa dobrodziejstwa leczenia specjalistycznego oraz nadmiernie korzysta z usług pogotowia i porad szpitalnych podczas ostrych dyżurów[4]. W Szwecji nadal główną rolę w służbie zdrowia pełni sektor publiczny, w ramach którego zatrudnionych jest aż 90% lekarzy. Sektor prywatny wraz z zakładową służbą zdrowia stanowi jedynie uzupełnienie sieci publicznych przychodni rejonowych. Planowana reforma ma zwiększyć udział sektora prywatnego oraz wzmocnić rolę lekarza rodzinnego. Gdzie wiec należy szukać wspomnianych rys szwedzkiego systemu opieki zdrowotnej?
Okazuje się, że źródłem problemów jest decentralizacja systemu. Po reformach lat 90. system opieki zdrowotnej opiera się na odpowiedzialności władz lokalnych czyli landstingów (landstignet)[5]. Organizacja, która usiłuje w najdrobniejszych szczegółach kierować najdelikatniejszą z działalności, spowodowała jedne z najdłuższych kolejek do lekarza w Europie. Maciej Zaremba w obszernym reportażu na temat bolączek szwedzkiej służby zdrowia uważa, że powierzenie langstigom decydowania o wydatkach na służbę zdrowia, która musi konkurować o środki z zakresu komunikacji regionalnej i uniwersytetów ludowych było otwarciem puszki Pandory[6]. Wyrazistym przykładem tej rywalizacji, jest głosowanie prezydium langstigu, które decydowało o tym czy sfinansować operację wszczepienia implantów słuchowych dwóm niesłyszącym nastolatkom czy może zbudować centrum wzornictwa w Åre? Zwyciężyło centrum stosunkiem głosów 12:1. To i inne nieszczęścia rozpleniły się i zadomowiły w systemie służby zdrowia, który ma być oczyszczony za pomocą zapowiadanej reformy.
Przeregulowanie w regionalnych systemach służby zdrowia doprowadziło do ogromnej biurokracji. Ten swoisty przerost formy nad treścią swoje apogeum osiągnął w położnym w środkowej części Szwecji regionie Jämtland (Jemtlandii). W bardzo rzadko zaludnionej[7] graniczącej z Norwegią krainie, brakuje lekarzy, za to na jednego mieszkańca przypada dwa razy więcej „strategów” niż w innych miejscach Szwecji[8]. Zarządzaniem jednym szpitalem, 28 niewielkimi przychodniami i kilkoma innymi obiektami zajmuje się, bagatela, 360 urzędników. Ta mająca bardzo mgliste pojęcie o rzeczywistości jemtlandzkiej służby zdrowia armia strategów w ramach wszechobecności opiekuńczego państwa, postanowiła odciążyć lekarzy i bardzo dokładnie zorganizować im pełen cieplarnianych warunków system, w na co dzień zimnej Jemtlandii. Urzędnicy, którzy przecież znają się na wszystkim najlepiej, zapomnieli że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Pracownicy służby zdrowia, którym narzucono zbiurokratyzowaną i odhumanizowaną hybrydę systemową, sami przypłacili to zdrowiem. Sekretarka chorobowa w Jemtlandii ma ponad dziesięciokrotnie wyższą absencję chorobową niż robotnik w Bawarii[9]. W całej służbie zdrowia Jemtlandii jest zatrudnionych ponad 150 asystentów i asystentek. Przeciętnie są oni na zwolnieniu dwa miesiące w roku! Okazuje się, że pozycję regionu w tej niechlubnej statystyce windują też pracownicy innych sektorów. I nie ma się czemu dziwić, bo jak uważa członek LO - Bo Ohlström, wysoka absencja jest biernym protestem przed złym warunkom pracy lub złym warunkom społecznym w ogóle[10]. Tym bardziej, że szwedzki system wyjątkowo sprzyja wszelkim nadużyciom. Początków syndromu chorych Szwedów można doszukiwać się w latach 70., kiedy mogli sobie na to pozwolić, bo było ich stać. W 1974 roku tajemnicza niemoc przekroczyła magiczną granicę 100 milionów dni chorobowych. A psycholog Lars Andersson pisał, że wysoka absencja jest dobra i w związku z tym musimy mieć prawo odczuwać dyskomfort jako chorobę[11]. Na długą listę chorób będących podstawą zwolnienia trafiły też wypalenie, wyczerpanie, chroniczne zmęczenie, a nawet szwedzka specjalność czyli nadwrażliwość na prąd. Co więcej, szwedzcy pracownicy są na tyle lojalni wobec swoich pracodawców, że uprzedzają ich o przyszłej niedyspozycji i zwolnieniu. W listopadzie 2002 roku policjanci z Bolänge zapowiedzieli, że w styczniu 2003 roku wszyscy będą chorzy i w związku z tym wykorzystają przysługujące im zwolnienie zdrowotne. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, bo w Szwecji chory znaczy przecież tyle samo co niezadowolony. W krainie obłożnie chorych jest jednak miejsce, w którym pracownicy są wyjątkowo zdrowi, tym samym ośmielając się zaniżać jemtlandzki rekord. Jest to osławiony na cały region ośrodek opieki w Oviken. Zaledwie 2,8 dnia absencji na jednego zatrudnionego wydaje się być czymś nieosiągalnym? A jednak udało się! Równie nierealna zdaje się być sytuacja, kiedy pracownicy nie biorą wolnego nawet przy wysokiej gorączce, tylko zamieniają się ze sobą dniami. Cud w Oviken dokonał się jednak całkiem niedawno, bo jeszcze kilka lat temu opiekunki z ośrodka cierpiały na liczne choroby ze szwedzkiego zestawu narodowego. Co było powodem tak drastycznego przejścia od depresji do radosnej pewności siebie? Cudu dokonała reforma, która zastąpiła zbiurokratyzowany, niedostosowany do realiów system langstigu nowym, bardziej elastycznym i korzystnym zarówno dla pracodawców, jak i pracowników porządkiem. Okazało się, że najlepszym lekarstwem na szwedzkie choroby jest zmniejszenie wszechwładzy państwa dobrobytu, które niczym orwellowski Wielki Brat chce wiedzieć i kontrolować wszystko. Tym bardziej, że państwo to, samo strzela sobie gola centralizując standardy dobrobytu. Obietnice takich samych pensji, podatków czy cen jak w stołecznym Sztokholmie, oznaczają bowiem, że samowystarczalna Jemtlandia jest czymś nierealnym. Wspominana reforma służby zdrowia oraz dyskusja nad przyszłym kształtem skandynawskiego państwa dobrobytu dążą do zwiększających partycypację obywateli, rozwiązań.
[1] M. Zaremba, Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji, Wołowiec 2008, s.77.
[4] Warunki życia i pracy w krajach Europejskiego Obszaru Gospodarczego – Szwecja, s. 36.
[6] M. Zaremba, op. cit., s. 103.
[7] Gęstość zaludnienia w regionie Jämtland wynosi zaledwie 2,6 osób/km².
[8] M. Zaremba, op. cit., s. 89.
[9] Ibid., s. 66.
[10] Ibid., s. 75.
[11] Ibid., s. 76.