poniedziałek, 10 stycznia 2011

Państwo dobrobytu w kinie skandynawskim - część 1

      W toczącej się dyskusji na temat skandynawskiego państwa dobrobytu głos zabierają też twórcy filmowi, którzy bacznie przyglądają się strukturze socjaldemokratycznego modelu polityki społecznej. Wielu z nich afirmuje tezę o jego kryzysie, a ich filmowe dzieła można odczytywać jako zajadłą krytykę  społeczno-ekonomicznego pejzażu Skandynawii. Jest to pierwszy  i najwyraźniejszy nurt przedstawiania państwa dobrobytu w kinematografii regionu. Co więcej, filmowe opowieści podszyte niepokojami targającymi Skandynawią, można dalej zaliczyć do dwóch kategorii.
Pierwsza z nich skupia się na problemach jednostki, która musi dostosować się do reguł modelu społeczno-ekonomicznego. Niestety nie wszystkim się to udaje, częściowo z własnej winy, a częściowo w winy państwa, które przecież bezpośrednio przyczynia się do wyuczonej bezradności obywateli.  Tych, którzy nie potrafią w pełni korzystać z dobrodziejstw oferowanych przez opiekuńcze państwo, kino prezentuje najczęściej jako ludzi specyficznych, nieco nieporadnych, mało asertywnych, a nawet bezczynnych i biernych.
Jednym z pierwszych filmów, który z pewną dozą pionierskiej nieśmiałości wskazuje, że brak zaradności życiowej bohaterowie odziedziczyli po państwie dobrobytu, jest duński Weekend Palle Kjaerluffa-Schmidta z 1962 roku. Film to dosyć krytyczne studium średniej klasy pokolenia trzydziestolatków. Co ciekawe, dostało się tym, którzy dzielili szkolne ławki z twórcami filmu. Akcja filmu obejmuje zaledwie dwa dni spędzone przez grupę przyjaciół w nadmorskiej miejscowości. Dwa małżeństwa, w tym jedno z córką, jej guwernantką i kawaler Jan wypoczywają w domku na plaży. Bohaterowie filmu, a w szczególności mężczyźni, są niedojrzałymi i nieco sfrustrowanymi ludźmi, których nęka strach przed odpowiedzialnością. U progu zmian obyczajowych film celnie przewidział kierunek ewolucji części duńskiego społeczeństwa.
    W satyrycznej konwencji problem przystosowania się jednostki porusza szwedzki Mit z 1966 roku - debiut Jana Halldoffa. Film nieco prowokacyjnie ukazuje szereg niecodziennych sytuacji, na które władze dobrze poukładanego państwa dobrobytu nie są przygotowane. W jednej ze scen mężczyzna zrywa kwiaty w parku. Nie podoba się to policji, która ostro interweniuje. Bohater jest więc nieprzystosowany do systemu, bo nie nauczył się, że władza wyjątkowo nie przepada za jawnym łamaniem zakazów. Haldoff porusza omawiane zagadnienie również w swoich innych filmach. Jak pisze Aleksander Kwiatkowski jego filmy tworzą szeroką panoramę środowisk i z dziennikarską dokładnością wskazują na najbardziej charakterystyczne problemy szwedzkiej rzeczywistości społecznej lat siedemdziesiątych[1].
     Jednym z najciekawszych filmów przełomu lat 70. i 80., podejmującym temat  zagubienia jednostki pośród meandrów skandynawskiego folkhemmetu, jest szwedzki Dom Krzysztofa z 1979 roku, w reżyserii Larsa Lennarta Forsberga. Tytułowy bohater to spadkobierca mentalności zbuntowanej młodzieży z czasów rewolucji obyczajowej. Jest on fotografikiem, który po rozstaniu z żoną, mieszka w wielkiej willi ze swoją modelką Hanną. Pewnego dnia dostaje od szefa zlecenie. Aby je zrealizować udaje się do mieszkania samotnego emeryta. Na miejscu znajduje jego zwłoki. Okoliczności wskazują, że starszy człowiek targnął się na swoje życie, gdyż nikt nim się nie zainteresował. Wstrząśnięty Krzysztof zaczyna prowadzić prywatne śledztwo mające wyjaśnić okoliczności śmierci. Napotyka wszechobecny chłód panujący wśród otaczających go ludzi, których nie obchodzą losy innych. Reżyser filmu, poprzez Krzysztofa, stawia szereg istotnych pytań o kondycję zarówno szwedzkiego społeczeństwa, jak i szwedzkiego państwa. Frosberg po raz kolejny powraca do tematu wyobcowania jednostki   w obojętnym społeczeństwie, wprowadzając jednak nową perspektywę psychologicznej i socjalnej introspekcji[2]. Wartość filmu podkreśla umiejętne zbudowanie postaci Krzysztofa, który jest reprezentantem systemu wartości stojących w wyraźniej opozycji do tych wyznawanych przez nowoczesne, wysokorozwinięte społeczeństwo. Ta światopoglądowa odmienność sprawia, że bohater traktowany jest niemal jako szaleniec i tak bardzo odbiega od przeciętności przyjętej za normę[3]. Niestety, z czasem Krzysztof, nie mogąc zaakceptować otaczającego świata, staje się nadpobudliwy i niespokojny. Sprowokowany zachowaniem matki, która sprzedaje dom pełen pamiątek i wspomnień z dzieciństwa, czy odejściem swojej kochanki, zmienia się. Uświadamia sobie, że przecież był dokładnie taki sam. Wspomina, że jako mały chłopiec fotografował zwłoki dziadka, zajęty wyłącznie techniczną stroną zadania. Sam Frosberg tłumaczył, że nie pokazujemy jakimi jesteśmy naprawdę (…) wszyscy jesteśmy tylko aktorami[4]. Twórca odwołuje się więc tu do wywodzącej się z filozofii stoickiej koncepcji teatru świata.. Do podobnych konkluzji, kilkadzieścia lat później, dojdzie Jens Lien w Kłopotliwym człowieku.
Poruszone w Domie Krzysztofa wątki rozwija współczesne kino skandynawskie, które stosunkowo dużo uwagi poświęca właśnie charakterystycznemu wyobcowaniu człowieka w państwie dobrobytu.
Jednym z najbardziej wnikliwych obserwatorów państwa dobrobytu jest młody, utalentowany szwedzki reżyser Lukas Moodysson. Talent Szweda docenił nawet sam Ingmar Bergman, który po obejrzeniu debiutu młodego twórcy - filmu z 1998 roku pt. Fucking Amal  nazwał go młodym mistrzem[5]. Już w jednym z pierwszych filmów - krótkometrażowym Tylko trochę porozmawiać z 1997 roku Moodysson stawia śmiałą tezę, że państwo dobrobytu i ustrój wpływają na wyobcowanie i alienację społeczną głównego bohatera Birgera Anderssona. Po przejściu na emeryturę staje się on nikomu niepotrzebny. Zostaje nawet wyrzucony ze stołówki w swojej dawnej pracy. Tak bardzo pragnie kontaktu  z innymi, że dzwoni do ludzi przypadkowo wybranych z książki telefonicznej, by tylko trochę porozmawiać[6]. Nadzieję na kontakt z drugim człowiekiem daje bohaterowi wizyta dziewczyny z sekty Hare Kryszna. Birger nie chce wypuścić jej z mieszkania i podczas szamotaniny zabija dziewczynę, a jej zwłoki towarzyszą Birgerowi przy oglądaniu programu telewizyjnego. Ten sam aktor - Sten Ljunggren kreuje kolejną postać Birgera w innym filmie reżysera pt. Tylko Razem. Analogicznie jak w Tylko trochę porozmawiać, Bireger numer 2 też pragnie obecności drugiego człowieka. Aby spotkać się z samotnym, zostawionym przez żonę Rolfem, wzywa go do naprawy sprawnej instalacji kanalizacyjnej. Kiedy Rolf dziwi się, że przecież nie ma żadnych niedrożności, Birger mówi, że sam odkręcił rurę, żeby spotkali się i mogli tylko trochę porozmawiać.Ogólnie rzecz biorąc, bohaterowie filmów Moodyssona wydają się być outsiderami. Można wskazać tu homoseksualną Agnes z Fucking Amal, mieszkańców komuny Razem, samotną Lilję, transseksualistę z Kontenera, czy twórcę filmów pornograficznych i jego syna Erika z Dziury w Sercu[7].  Często nie ponoszą oni całości winy za swoje wyobcowanie.  Reżyser wskazuje na państwo dobrobytu i szwedzki ustrój, jako na jedną z głównych przyczyn alienacji człowieka. Mieszkańcy komuny Razem często krytykują burżuazyjny styl życia i dehumanizujące formy pracy w kapitalizmie oraz izolację ludzi starszych.
    Bliski podejściu Moodyssona wydaje się być Morten Tyldum w filmie pt. Kumple z 2003 roku. Zdobywca nagrody publiczności  na Warszawskim Festiwalu Filmowym to opowieść o trzech młodych Norwegach – Kristoferze, Geirze i Stigu Inge, którzy mieszkają razem w dzielnicy Oslo -Toyen Centrum. Geir i Kristofer umilają sobie czas pracy – wywieszania bilboardów - za pomocą żartów i zabawnych akcji, które rejestrują na amatorskiej kamerze wideo. Podczas jednego z numerów, Kristofer uciekając przed ochroniarzem, gubi kilka taśm z nagraniami w siedzibie państwowej telewizji TV 2. Po kilku dniach tytułowi kumple dostają propozycję własnego programu telewizyjnego, składającego się  z rejestrowanych przez nich gagów i szybko stają się sławni. Szczególnie interesujący jest wątek wyobcowania Stiga Inge, za pomocą którego reżyser pokazuje zagubienie człowieka we współczesnym państwie dobrobytu. Morten Tyldum zdaje się potwierdzać poglądy wskazywanych już przeze mnie poglądów kilku badaczy państwa dobrobytu. Piszą oni o wyuczonej bezradności, o tym że programy państwa dobrobytu czynią ludzi niezdolnymi do działania[8] i o tym, że prawie wszystkie funkcje pełnione przez państwo mają charakter represyjny, a w każdym razie prowadzą do wyobcowania[9]. Stig pracuje jako projektant stron internetowych we własnym mieszkaniu, położonym w Toyen Centrum, gdzie obok bloków mieszkalnych znajdują się sklepy, kawiarnie i zakłady usługowe. Stig nie musi nigdzie wychodzić. Za pomocą takich osiedli czwartej generacji, które w bogatych społeczeństwach Zachodu powstają już od kilku lat, mieszkańcy państwa dobrobytu mają zapewnione wszystko, co zaspokaja ich potrzeby niższego i wyższego rzędu. Ta rzekoma wygoda sprawia, że bohater zaczyna cierpieć na agrofobię i wyprawa do centrum Oslo jest dla niego nie lada wyzwaniem. Kiedy nieco przypadkowo trafia do wagonu metra, ze wszystkich stron zaczynają dopadać go lęki które Toyen tłumiło a zarazem potęgowało  w nim przez ostatnie trzy lata.


Również Hylnur, główny bohater islandzkiego 101 Reykjavík z 2001 roku, jest niedojrzały i nieodpowiedzialny. Film ukazuje skandynawskie państwo dobrobytu w nieco groteskowej formie, co nie znaczy, że stawiane pod jego adresem zarzuty są niepoważne. Działania islandzkiego rządu przyczyniają się do bezradności i niedojrzałości Hylnura, który jest typowym maminsynkiem i mimo, że stuknęła mu trzydziestka nadal mieszka z matką Berglind i zachowuje się jak nastolatek. Mamusia regularnie gotuje mu obiadki, a także poda po kąpieli ręcznik i slipki. Reżyser zastosował interesujący zabieg i w sposób humorystyczny wytknął niedociągnięcia systemu. Uczynił to poprzez punkt widzenia Hiszpanki   o imieniu Lola. Młoda kobieta przybywa z kontynentalnej Europy, z kraju o mniejszym poziomie zabezpieczeń socjalnych i mniejszej obecności państwa  w życiu społecznym. Co więcej, z kraju, w którym od czterech lat, rządzi partia prawicowa z konserwatywnym premierem[10]. System społeczny i ideały islandzkich władz nie są więc bliskie Loli. Niezwykle wymowna jest scena rozmowy Hylnura z Lolą i matką, będąca konfrontacją dwóch różnych modeli społeczno-gospodarczych:
Lola (do Hylnura): I co zamierzasz robić ?
Hynur: Ja? Chodzi ci o Hofy?
Lola: Nie! O przyszłość!
Hylnur: A! Przyszłość. Sam nie wiem. Pewnie skończę onanizując się przed telewizorem.
Lola: Przecież musi być coś, co chcesz robić, lub osiągnąć.
Hylnur: Raczej nie.
Lola: Chcesz spędzić resztę swojego życia na zasiłku?
Hylnur: A czemu by nie?
Lola: Co by się działo, gdyby każdy tak chciał? Co to byłoby za społeczeństwo?
Hylnur: Ale to przecież tak właśnie jest.
Lola: A jeśli nagle odbiorą ci zasiłek to co? Umrzesz?
Hylnur: Wcale nie. Pójdę na odwyk na kilka lat, a potem znowu na zasiłek.
Lola: Hylnur! Bądź poważny!
Hylnur: Przecież jestem!
            (do Berglind): Mamo! Tata płaci alimenty, prawda? Może z nich mógłbym trochę pożyć?
Berglind: Alimenty? Miałeś 25 lat, gdy się rozwiedliśmy.
Hylnur: Więc dlaczego alimenty się już skończyły?
Berglind: Nie skończyły. Wcale ich nie było. Przysługują tylko dzieciom do 16 roku życia.
Lola (z ironią): Nie skończyłeś jeszcze 16-tu?
Hylnur: Do 16. roku życia, mówicie! Wtedy właśnie zaczyna przysługiwać zasiłek dla bezrobotnych! A gdy się skończy zasiłek, będę dostawał rentę! Ale sobie państwo to wszystko świetnie obmyśliło, prawda? Świetny system, co Lola?

Rozmowa ta trafnie oddaje wszystkie poruszane w filmie aspekty państwa dobrobytu – infantylność i wyuczoną bezradność Hylnura, krytyczną postawę Loli (czyli samego Kormákura) i wyjątkową opiekuńczość islandzkiego systemu,  sprzed czasów załamania gospodarczego.



Szeregu odwołań do polityki państwa dobrobytu w tym do osławionego wyobcowania, można doszukać się w norweskim Ellingu Pettera Naessa z 2001 roku.  Film opowiada o Ellingu i Kjell Bjarne, którzy po dwóch latach spędzonych w zakładzie opieki rozpoczynają samodzielne życie. Jest to ich pierwszy krok w powrocie do społeczeństwa. Już od samego początku nowej egzystencji bohaterowie są pod opieką państwa. Elling mówiąc, że norweski rząd zapewnia lokum ludziom po przejściach ma na myśli przestronne, duże mieszkanie w centrum Oslo na koszt państwa. Mieszkanie, które początkowo ma przypominać bohaterom o dobrych czasach spędzonych w zakładzie pod opieką matki  Norwegii. Bohaterowie śpią  w jednym pokoju na łóżkach, które stoją tak jak w zakładzie. Pieczę nad efektywną i szybką asymilacją bohaterów sprawuje opiekun socjalny Frank Åsli. Frank nie tylko odwiedza Ellinga i Kjella, ale zabiera ich do kina, czy restauracji. Wszystko oczywiście na koszt państwa norweskiego! Dzięki tak szerokiej opiece i braku konieczności martwienia się o byt, Elling i Kjell stają się, delikatnie ujmując, ludźmi bardzo specyficznymi. Ta specyficzność jest źródłem ciepłego humoru w filmie z chłodnej Norwegii. Po co nam mieszkanie, skoro wiecznie z niego wychodzimy – słowa Ellinga świadczą, że tak jak Stig Inge z Kumpli, nie jest on fanem częstego opuszczania domu. Co więcej, początkowo nawet wyjście do sklepu to misja niemal niemożliwa. Podczas pierwszej takiej misji bohater upada na ziemię i nie jest w stanie zrobić zakupów. Trudnością dla Ellinga jest również odbieranie telefonów. Dopiero kurs dzwonienia zorganizowany przez Franka oswaja bohaterów ze słuchawką telefonu. Elling i Kjell wydają się być w tej materii bardzo pojętnymi uczniami. Późnonocne rozmowy z atrakcyjnymi blondynkami i brunetkami nie stanowią już problemu dla obu panów. Kłopotem jest tylko zdenerwowanie Franka i rachunek na 4000 NOK (około 1750 PLN), który z radością pokryje mateczka Norwegia. Wszystko, co robią bohaterowie jest więc ściśle związane z państwem, ale do czasu. Film pokazuje bowiem, że uwalnianie się od wyuczonej bezradności  i zależności od państwa nie jest łatwe, ale daje wiele satysfakcji. Elling na wieczorku poetyckim poznaje Augusta, kwintuje to wymownym zdaniem, że znalazł przyjaciela i to bez pomocy norweskiego rządu. Temat rządu i polityki pojawia się w filmie wielokrotnie, świadcząc o dużej obecności państwa w codziennym życiu mieszkańców krajów skandynawskich. Elling wielkim szacunkiem darzy Norweską Partię Pracy, dzięki której życie przez wiele lat było tak proste i zdaje się hołdować norweskiemu powiedzeniu, że wszystko się udaje temu rządowi.








       




[1] A. Kwiatkowski, Film skandynawski, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1986, s. 237.
[2] Ibid., s. 227.
[3] Ibid., s. 228.
[4] A. Majer, Lukas Moodysson Zbuntowany w: Autorzy Kina Europejskiego III, red. A. Helman,  A. Pitrus, RABID, Kraków 2007,  s. 228.
[5]A. Helman, A. Pitrus, op. cit., s. 255.
[6] A.Kwiatkowski, op.cit, s. 169.
[7]A. Helman, A. Pitrus, op. cit., s. 257.
[8]R. A. Cloward, F. F. Piven, , The New Class War: Reagan's Attack on the Welfare State  and Its Consequences, Phanteon Books, Nowy Jork 1985, s. 73.
[9]H. M. Hernes, Obywatelstwo kobiet w skandynawskim państwie dobrobytu w: Nordycki model demokracji i państwa dobrobytu, red. T. S. Edvardsen, B. Hagtvet,  PWN, Warszawa 1994, s. 84.
[10] W latach 1996-2004 premierem Hiszpanii był konserwatywny polityk José María Aznar z prawicowej Partii Ludowej.



Rozważania nad skandynawskim modelem państwa dobrobytu - część 2

    By zgłębić źródła problemów "państwa opiekuńczego" opracowano raport Rady Nordyckiej zatytułowany: Przed czym stoi nordycki model? Dyskusja o przyszłości nordyckiego modelu państwa dobrobytu w świetle globalnej rywalizacji ekonomicznej. Dokument jest wynikiem prowadzonego przez Radę Nordycką w latach 2000-2005 programu badania modelu państwa dobrobytu[1]. Socjaldemokraci podkreślają, że ów raport jest świadectwem ich troski o państwo dobrobytu oraz tego, że nie są obojętni na liczne zarzuty pod jego adresem. Już na wstępnych stronach tego opracowania, polityczne i naukowe elity Skandynawii podkreślają, że u podstaw skandynawskiego modelu państwa dobrobytu leżą wspólne wartości. Muszą one stawiać czoła innym systemom wartości charakterystycznym dla poszczególnych krajów europejskich, które konkurują ze Skandynawią, głównie na polu gospodarki. Rywalizacja w globalnym świecie to przecież coraz trudniejsze wyzwanie, które z powodzeniem mogą podejmować tylko najbardziej wytrwali i najzdrowsi zawodnicy. Obrońcy państwa dobrobytu przyznają, że kraje regionu są chyba trochę przemęczone, dlatego powinni zafundować im skuteczną kurację regenerującą tak, by mogły jeszcze przez długie lata, być w czołówce listy najbardziej konkurencyjnych państw[2]. Raport wskazuje przyczyny tej zadyszki (a nie potężnego kryzysu!) oraz wyznacza podstawowe wyzwania.

  Skandynawia musi stawić czoła wzrastającej liczbie ludzi w wieku emerytalnym, wydłużeniu czasu aktywności siły roboczej, zachowaniu równości świadczeń socjalnych i wspieraniu asymilacji grup społecznych wysokiego ryzyka, czyli głównie imigrantów. Ponadto niektórzy uczestnicy dyskusji wskazują na zbyt rozrośnięty sektor publiczny zatrudniający ogromną część siły roboczej. Te nienaturalne proporcje osłabiają aktywność wielu obywateli, którzy nie pracują korzystając ze świadczeń socjalnych. Raport odnosi się też do problemu licznych imigrantów zamieszkujących Skandynawię. Mogą one stanowić zagrożenie dla stabilizacji i systemu społecznego. Wreszcie kilku bardziej krytycznych specjalistów uważa, że skandynawski model pod względem jakości, kosztów i produktywności nie spełnia już wysokich standardów demokratycznych.

    Uczestnikom dyskusji consensu omnium udało się sformułować trzy podstawowe hasła, które powinny zawisnąć na tysiącach sztandarów, opiewających Skandynawię wzdłuż i wszerz tak, by każdy pamiętał, że najważniejsze wyzwania to:[3]

- gospodarka konkurencyjna w skali globalnej;

- model społeczno-gospodarczy nie zagrażający innowacjom;

- prowadzące do marginalizacji wyłączenie dużej części społeczeństwa z rynku pracy.

    Powiewające wraz z podmuchami wiatru slogany trzeba jednak wcielać w życie tak, by zmniejszyć wpływ polityki na życie społeczne i świadczenia socjalne. Jedną z dróg realizacji tego celu ma być większy wachlarz możliwości ubezpieczania, co równa się znacznemu ich zindywidualizowaniu. Byłyby one finansowane w większym stopniu przez wpływy z podatków. Ludzie inwestowaliby w dodatkowe prywatne oferty świadczeń, które odciążałyby system publiczny. W razie wymuszonych przerw w pracy, czy bezrobocia, taki system zapewniłby większe dochody mieszkańcom i zwiększył poczucie społecznej stabilizacji. Dlatego uczestnicy dyskusji mają nadzieję, że prywatni, komercyjni gracze i sektor cywilny będą w przyszłości ogrywać większą rolę. Socjaldemokraci, którzy bacznie śledzą bogatą karierę państwa dobrobytu dostrzegają też pierwsze oznaki jego ewolucji.

Poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o skutki zachodzących zmian pozwala na sformułowanie dwóch dróg rozwoju:

- sektor publiczny bardziej otwarty na indywidualne potrzeby konsumentów o szerszych prawach;

- państwa regionu muszą kłaść większy nacisk na zdolności skutecznego korygowania błędów, co pozwoli na większą efektywność w wielu dziedzinach.

      Na twarzach zgromadzonych w sali sztokholmskiego sądu widać już zmęczenie. Niektórzy walcząc ze sobą, próbują ukrywać ociężałość świadomości, która daje za wygraną w konfrontacji z ludzką fizjologią. Atmosfera udziela się też samemu składowi sędziowskiemu, który po mowach obrońców zamyka kolejną odsłonę wielowątkowej sagi państwa dobrobytu.
    Jej scenariusza, co prawda, nie napisało życie, ale przecież elementy na których oparta jest historia o procesie zakorzenione są w skandynawskiej rzeczywistości. Oplotły one nie tylko mroźne gleby północy, ale spowijają się też w moim umyśle, nieustannie drążąc w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie - Jak to jest z tym kryzysem państwa dobrobytu?
   Wracam myślami do wizyty w Sztokholmie i mojej rozmowy z moim przyjacielem Sebastianem. W całej dyskusji nad kryzysem państwa dobrobytu Sebastian przyjmuje postawę obrońcy skandynawskiego porządku twierdząc, że dzięki niemu życie jest łatwiejsze. Zdaniem mojego bliskiego znajomego, Skandynawia wybrała taki model, między innymi, ze względu na niesprzyjający klimat. Zimą dni są krótkie, a jak zawsze zapracowani ludzie nie mają czasu ani ochoty na martwienie się o sprawy, za które odpowiedzialność przejęło państwo. Płacimy wyższe podatki ale mamy spokój – mówi Sebastian. Sam, zanim wylądował w Sztokholmie, kilka lat mieszkał na dalekiej północy Szwecji. W rejonie, gdzie przez pół roku mrok przeplata się z ciemnością, systemowe odciążanie obywateli przez państwo nabiera szczególnego znaczenia. Może Sebastian nie jest do końca obiektywny i nieco idealizuje Szwecję, bo w życiu widział już jak naprawdę wygląda państwo w stanie w rozkładu. Sebastian wraz z rodzicami wyemigrował na początku lat 90. z ogarniętej wojną Bośni. Takich jak on - uciekinierów z krajów byłej Jugosławii którzy znaleźli schronienie w Skandynawii - są tysiące. Sebastian co dwa, trzy lata odwiedza rodzinną Bośnię. To jest inny świat – mówi. Mój szwedzki znajomy dzięki swojej pracowitości i inteligencji żyje dziś jak większość Szwedów. Ma spokojną pracę w samym centrum Sztokholmu, w weekendy dorabia jako DJ. Stać go na wynajęcie przytulnego mieszkania w spokojnej dzielnicy miasta i liczne podróże – ostatnio był w Tajlandii. Podobny jest los tysięcy Szwedów, Duńczyków, Norwegów - przedstawicieli klasy średniej, którzy ciężko pracują, ale dzięki temu mogą pozwolić sobie na życie na stosunkowo wysokim poziomie.Co więcej, przecież nawet egzystencja na garnuszku państwa, dzięki hojnym świadczeniom socjalnym, nie jest walką o przetrwanie i pasmem nieustających wyrzeczeń.
    Może więc z państwem opiekuńczym wcale nie jest tak źle, jak mogło by wynikać z setek stron publikacji wieszczących o jego kryzysie? A może to zainteresowanie kłopotami Skandynawii, wynika z tego, iż w konfrontacji z wysokim poziomem życia, rozbudowanymi świadczeniami socjalnymi i innymi dobrodziejstwami państwa opiekuńczego wszelkie rysy są znacznie bardziej widoczne? Wielu uważa, że kryzys to zjawisko globalne, które dotyka całej ludzkości i że jest głęboką zapaścią wypracowywanych przez lata wartości i opartego na nich ładu społecznego. Tyle tylko, że Skandynawowie jako jedni z nielicznych mają odwagę o tym mówić i od wielu już lat próbują szukać rozwiązań. Jak wiadomo zawsze najtrudniej mają ci, którzy przecierają szlak. Zakładając, że w teorii głoszącej, iż kryzys państwa dobrobytu jest tylko lokalną odmianą kryzysu globalnego jest trochę albo więcej niż trochę racji, można uznać, że przyczyny rzekomej zapaści są szersze niż, te na które powszechnie wskazuje się w toku prowadzonej dyskusji. Może więc przyczyn kryzysu należy doszukiwać się w samej rewolucji przemysłowej, która zrodziła państwo opiekuńcze ale też, jak pisze Emil Durkheim, doprowadziła do pojawienia się między ludźmi więzi mechanicznych sprzyjając dehumanizacji procesów społecznych i wyobcowaniu. To co okazało się zbawiennie dla gospodarki, doprowadziło do destrukcji ładu społecznego i wykształciło nową industrialną moralność.
    A może regionu państw skandynawskich nie można mierzyć tą samą miarą co innych krajów? Przecież to Skandynawia, mimo wskazywanych kłopotów, nadal stanowi przykład udanej kooperacji grupy państw, które w moim przekonaniu stanowią wspólnotę krajów i narodów. Logiczna wydaję się wiec postawiona wcześniej teza, że zapaść regionu nie jest tak silna jak w innych częściach świata. Na tle całego imponującego inwentarza państwa opiekuńczego kryzys bardziej rzuca się w oczy. Sami Skandynawowie mają odwagę o nim mówić z dbałości i troski o swoje państwa oraz pragnienia utemperowania jego niecnych zamiarów.
   A może paradoksalnie to, co dziś można uznać za fundamenty, na których wzrastało skandynawskie państwo dobrobytu z biegiem lat stało się przyczyną jego kłopotów? Pierwszym czynnikiem, który niewątpliwie wpłynął na wykształcenia modelu socjaldemokratycznego jest protestantyzm. Charakteryzuje go swoisty rodzaj powagi i stosunkowo surowe zasady. Rygor ten widać choćby w tradycyjnych nabożeństwach. Pobożność protestancka jest więc w swym zewnętrznym charakterze oszczędna, ale jeśli chodzi o życie wewnętrzne wiernych, bogata w przemyślenia i rozważania nad Słowem i jego implikacjami do codziennego życia. Bardzo istotne znaczenie ma też, propagowana przez protestantyzm etyka pracy. Wiąże się ona z kładzeniem akcentu na wymierne i widzialne owoce uczciwej pracy. Uczciwość ta wymusza szerokie respektowanie prawa do własności prywatnej. Co więcej, religia protestancka zwraca szczególną uwagę na dążenie do osiągnięcia bogactwa (w celu udowodnienia, że jest się zbawionym) i cnoty zabraniające hulaszczego trybu życia, czyli ascezę protestancką. Protestantyzm w stosunkowo dużym stopniu przyczynił się więc do sukcesu gospodarczego i wysokiego poziomu rozwoju państw Skandynawskich. Respektowanie prawa do własności prywatnej pozwoliło uniknąć Skandynawii najbardziej destrukcyjnych elementów ery industrialnej, których przejawem były głównie masowe wystąpienia społeczne. Etyka pracy w połączeniu z oszczędnością, skrupulatnością i dążeniem do bogactwa poskutkowały wysokim poziomem życia. Wokół skandynawskich miast nigdy nie powstały dzielnice biedoty, a część wolnych, mających doświadczenie w gospodarowaniu chłopów zaczęła przenosić się do miast i pracować w licznie powstających fabrykach. Zakłady te dynamicznie zwiększały produkcję realizując zamówienia na potrzeby zbrojących się krajów Europy. W końcu lat 30. XX wieku eksport do Wielkiej Brytanii i Niemiec stanowił aż 75% duńskiej, ponad 50% fińskiej i 40% norweskiej i szwedzkiej produkcji sprzedanej. Kraje Skandynawskie stosunkowo słabo zaangażowane w działania wojenne (Szwecja oficjalnie była krajem neutralnym) znacznie rozwinęły swój przemysł i gospodarkę w związku z działaniami podczas II Wojny Światowej. Ale czy porządek oraz jasne, kazuistyczne reguły nie doprowadziły też do wskazywanego przeregulowania państwa dobrobytu, które uważane jest za jeden z głównych przejawów zadyszki? Czy egalitarne społeczeństwo zamożnych chłopów i mieszczan nie przyczyniło się do wyniesienia równości na sztandary. Równość ta urosła do rangi superprawa często przekraczając granice rozsądku i przyczyniając się do kuriozalnych sytuacji, których przykłady podawałem wcześniej?
    Do pewnych wynaturzeń państwa dobrobytu przyczyniły się też idee darwinizmu społecznego w szwedzkim wydaniu. Maciej Zaremba pisze, żeutopijne, podszyte eugeniką, wizje snute przez grupę szwedzkich uczonych lat 30. ubiegłego wieku, ilustrują paradoksy szwedzkiego darwinizmu społecznego, głównego powodu, dla którego spuścizna państwa opiekuńczego do dziś budzi tak przeciwstawne emocje[4]. Ta rozbieżność wyraża się przede wszystkim w szwedzkim prawie karnym, które z jednej strony zapewnia szeroką pomoc i wsparcie wszystkim przydatnym, a z drugiej strony dosyć brutalnie i niezrozumiale traktuje ludzi drugiej kategorii. Szwecja, Grenlandia i trzy stanu Dzikiego Zachodu (Montana, Utah i Ohio) to jedyne miejsca na ziemi, gdzie ludzi psychicznie chorych i upośledzonych uznaje się winnymi zarzucanych im czynów. Praktyka szwedzkich sądów wskazuje, że obłąkani ponoszą prawną odpowiedzialność za swoje schorzenia! Ponad 99% stających przed sądem psychicznie chorych sprawców zostaje uznana za zdrowych. Większość unika jednak więzienia i zostaje dosłownie skazana na opiekę[5], bo państwo jest przecież tak opiekuńcze, że opieka może być karą. Co więcej, wiele osób poddanych przymusowej opiece psychiatrycznej w zakładzie, zostaje tam na podstawie mniemania ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia o współczesnej psychiatrii. Może to przeregulowanie, dehumanizacja i biurokratyzacja systemu sprawiły, że tak ważne decyzje podejmują w Szwecji nie lekarze tylko lokalni politycy. Szwedzki minister sprawiedliwości – Thomas Bodström uważa, że każdy psychicznie chory, obłąkany, upośledzony jest winny ponieważ popełnił swój czyn. Niczym bumerang powraca tu surowa protestancka etyka i światopogląd. Podkreślają to też inne słowa ministra: Każdy odpowiada za siebie, takie jest nasze podejście do moralności, prawdy i odpowiedzialności[6].
    Czy nie ma więc pewnej sprzeczności w logice państwa dobrobytu – najpierw kurs wyuczonej bezradności, bez konieczności martwienia się o swój los, a potem nieco nieludzkie i nielogiczne traktowanie za każdy błąd rozpieszczonych przez władze i przez to nieco lekkomyślnych obywateli? Czy ten zaczerpnięty z surowej religii, konserwatywny system ocen nie jest zbyt skrajny? Czy pomijanie wartości pośrednich nie jest próbą podziału egalitarnego społeczeństwa? Czy paranoiczna równość nie jest źródłem równie paranoicznej nierówności?W moim przekonaniu udzielenie zadowalającej odpowiedzi na poruszone zagadnienia jest bardzo problematyczne i trudne. Próba podsumowania zasygnalizowanych problemów, skłania mnie ku prezentowanej wcześniej tezie o przeregulowaniu systemu państwa dobrobytu i za daleko posuniętej praktyce mierzenia wszystkiego jedną miarą. Uważam, że nie są to jednak wystarczające powody do formułowania śmiałych twierdzeń o głębokim kryzysie państwa dobrobytu w Skandynawii. Jeżeli kryzys równa się wysokiemu poziomowi życia, szerokim świadczeniom socjalnym, wysokiej świadomości społecznej itp. to błagam! Niechby nadszedł do naszego nadwiślańskiego kraju, do naszej zielonej wyspy na morzu recesji! Ale kryzys to złe słowo. Powinno się mówić raczej o przebudowie państwa dobrobytu, a może nawet o genetycznej modyfikacji, która stary garnitur chromosomów zamieni na nowy, uszyty na miarę XXI wieku i całego towarzyszącego mu inwentarza, strój. Wydaje się, że państwa skandynawskie wspólnie kreślą już jego wzór. Kreślą nową drogę rozwoju państwa dobrobytu. Drogę, która ominie najcięższe problemy i poprowadzi Skandynawów do obranego celu - niezagrożonego dobrobytu i spokojnego, pewnego jutra społeczeństwa.
   Z mojego punktu widzenia, czyli z pozycji mniej zamożnego Polaka, skandynawskie państwo dobrobytu, mimo zasygnalizowanych problemów (kto ich dziś nie ma!) funkcjonuje całkiem dobrze. Mam wrażenie, ze krytycy państwa dobrobytu z braku naprawdę poważnych trudności, szukają dziury, w co prawda nieco nadwyrężonym, ale mimo wszystko całym i mocnym materiale. Lepiej jest jednak sygnalizować możliwe problemy, aby być gotowym na ich nadejście. Państwa skandynawskie, w razie kłopotów, wydają się być w uprzywilejowanej sytuacji, bo mogą korzystać z wzajemnych doświadczeń w ramach skandynawskiej wspólnoty kultur, społeczeństw i systemów.



[1] http://www.norden.org/pub/sk/showpub.asp?pubnr=2007:725
[2] What lies ahead for the Nordic model? A discussion paper on the future of the Nordic welfare model in a global  competition economy, red. M. Gaber Abrahamsen, Scanprint A/S, Arhus 2007, s.6.
[3]Ibid. s.8-9.
[4] M. Zaremba, Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008, s. 217.
[5] Ibid., s. 200.
[6] Ibid., s. 211.



   

niedziela, 3 października 2010

Rozważania nad skandynawskim modelem państwa dobrobytu


Jest słoneczny mroźny poranek. W ogromnej sali sztokholmskiego sądu kłębią się setki osób nerwowo oczekujących na kolejną odsłonę jednego  z największych widowisk ostatnich 20 lat.  Nagle rozmowy ustają, na moment zapada cisza. W oddali słychać kroki zbliżającego się składu sędziowskiego. Po chwili sędziowie wkraczają do sali. To znak, że za chwilę rozpocznie się następna rozprawa wielowątkowego, zawiłego procesu, którego celem jest ustalenie odpowiedzi na kilka nurtujących pytań. Czy skandynawskie państwo dobrobytu przeżywa kryzys? Czy model państwa dobrobytu przystaje do nowej rzeczywistości? Czy państwo dobrobytu nie ingeruje zanadto w życie obywateli? Czy państwo dobrobytu ogranicza wolność? Czy państwo dobrobytu potrzebuje gruntownej reformy? W jakim kierunku powinna iść ta modernizacja? Setki pytań, ekspertyz, zeznań, przesłuchań, poszlak, dowodów wyłaniają się z opasłych akt sprawy, a jednoznacznych odpowiedzi wciąż brak. Jak w każdym procesie są i pozwani i powodowie. Na ławie oskarżonych zasiadają głównie socjaldemokraci, którzy zbudowali państwo dobrobytu, a potem rzekomo doprowadzili do jego kryzysu. Tak przynajmniej twierdzi druga strona – liberałowie, partie prawicowe i cała rzesza innych przeciwników państwa dobrobytu. Socjaldemokraci wykazują silne wzburzenie, bo od ponad 20 lat nie mogą zrozumieć, jakim cudem ktoś próbował zaatakować ich osławione dziecko. No właśnie jak?
    Z zakurzonych, pożółkłych (w końcu minęły już dwie dekady) akt sprawy wynika, że za kryzys odpowiedzialna jest w dużej mierze zapaść ekonomiczna w państwach skandynawskich. Jej początków upatruje się już w latach 70. XX wieku. Stagnacja gospodarcza przeciągnęła się na lata 80. i 90. Kryzys wyjątkowo boleśnie doświadczył też Szwecję. W ciągu trzech lat 1991-1993 produkt krajowy brutto obniżył się łącznie o 6%. Należy dodać do tego wysokie bezrobocie sięgające w 1993 roku 8% siły roboczej. W praktyce udział osób pozbawionych pracy sięgnął 13%[1].
Podczas jednej rozpraw w drugiej połowie lat 90. obszerne zeznania złożył sam Assar Lindbeck - przewodniczący specjalnej komisji, do głównych zadań której należało wyznaczenie kierunków przeobrażeń i programu naprawczego dla Szwecji[2]. Lindbeck zeznał, że on i jego koledzy skupili swoją uwagę na dwóch podstawowych aspektach: deregulacji rynku finansowego oraz silnemu przegrzaniu szwedzkiej gospodarki w drugiej połowie lat 80.. Przejawem tego kryzysu było między innymi występowanie 1,5% bezrobocia przy niedoborze siły roboczej w wielu regionach Szwecji[3]. Postawiony w krzyżowy ogień pytań o powody Lindbeck, użył bardzo interesującej argumentacji. Ekonomista ten uznał, iż podnoszone przez nich rażące błędy nie są nie wyrazem wadliwości systemu tylko odstępstwa od niego[4].
Przeglądając kolejne tomy natrafiam na zeznania socjaldemokratów, które zdają się potwierdzać słowa Lindbecka. Z akt wynika bowiem, że pozwani jako przyczynę owego odstępstwa wskazują krótkotrwałe okresy rządów nie-socjaldemokratycznych partii, kiedy to dziwnym zrządzeniem losu, Szwecji przytrafiły się dwa okresy spowolnienia gospodarczego[5]. Sąsiednia strona to riposta środowisk prawicowych. Uważają oni, że kryzys pogłębiły działania socjaldemokratów, którzy doprowadzili do nadmiernego rozrostu biurokracji, co okazało się bardzo kosztowne. Argument ten bardzo często przewija się na setkach stron akt sprawy.
Na obecnej rozprawie, kolejni przeciwnicy państwa dobrobytu, też mówią o przeregulowaniu  hamującym rozwój prywatnej inicjatywy i ograniczającym wolność jednostki.  Bardzo interesujące jest zeznanie jednego z socjologów. Mężczyzna uważa, że o kryzysie państwa dobrobytu mogą świadczyć też zjawiska z zakresu sfery stosunków społecznych. To osłabienie idei solidarności   społecznej i tzw. wyuczona bezradność[6]. Sens jego wywodu sprowadza się, do stwierdzenia, że państwo przyucza człowieka do tego, że nie musi martwić  i troszczyć się o swój los. Biegły uważa, że nawet wśród lewicy można bez problemu znaleźć autorów potwierdzających jego słowa. Np. lewicowi badacze problemu Piven i Clovard twierdzą, że programy państwa dobrobytu czynią ludzi niezdolnymi do działania. Podobny pogląd reprezentują dwaj inni teoretycy Offe i Habermas, którzy uważają, że prawie wszystkie funkcje pełnione przez państwo mają charakter represyjny, a w każdym razie prowadzą do wyobcowania. Jednym z przejawów owego buntu jest chęć uwolnienia się od wszechobecnego państwa dobrobytu. Socjolog prezentuje dane pokazujące, że coraz więcej osób, szczególnie tych osiągających wyższe dochody, zaczęło unikać dobrodziejstw szwedzkiego systemu poprzez rezygnację z państwowego szkolnictwa, opieki zdrowotnej i ubezpieczeń, na rzecz prywatnej strefy. Ta dezercja z reżimu dobroci rozwinęła czarny rynek, który wyeksmitował słowo podatki z umysłów obywateli w równie czarną otchłań świadomości. Wszyscy obecni na sali w skupieniu słuchają interesującego wywodu jakże wnikliwego badacza społecznego. Zdenerwowani obrońcy  państwa dobrobytu co rusz wnoszą sprzeciwy, a zaciekawiony sąd sprowadza ich do parteru za pomocą magicznego oddalam. Sam zeznający też oddala się ze swoimi myślami, próbując  ukazać je    w szerokiej perspektywie. Jednak, aby ją zrozumieć trzeba cofnąć się myślami kilka dekad wstecz. Jedną z pierwszych przyczyn kryzysu państwa dobrobytu był światowy kryzys…..ekonomiczny, który pojawił się na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Doprowadził on do zmiany systemu wartości i sprzyjał rozwojowi postaw życiowych wyrażających się w dbałości o własny interes, a nie interes ogółu. Z biegiem czasu skandynawska wspólnota narodów, kultur i dziejów stawała się więc przeregulowanym stowarzyszeniem samodzielnych jednostek nastąpiły więc zmiany, które na sztandary wyniosły wartości indywidualistyczne i utylitarne, osłabiając tym samym idee solidarności społecznej. W parze   z kryzysem szły procesy globalizacji i rewolucja technologiczna. Doprowadziły one do zaostrzonej konkurencji, zmniejszenia popytu na siłę roboczą   i do restrukturyzacji sektorowej. Na tym kończy się porywający wywód błyskotliwego socjologa. 
    Na arenę słowa wkraczają obrońcy państwa dobrobytu, którzy mówią, że rzekomego kryzysu państwa opiekuńczego nie odzwierciedlają dane statystyczne dotyczące szeroko rozumianej jakości życia, która w Skandynawii jest najwyższa na świecie. Tak wysoki poziom, życia to zasługa naszej wieloletniej pracy i wysokich wydatków socjalnych - mówią. Rzeczywiście, przeglądając zestawienia różnych mierników jakości życia, trzeba przyznać obrońcom państwa dobrobytu rację.

Jeżeli porównamy jeden z najbardziej miarodajnych wskaźników poziomu życia, czyli wspominany już Wskaźnik Rozwoju Społecznego (HDI)[7], to słuszność będzie niewątpliwie po stornie zwolenników państwa dobrobytu. Kraje skandynawskie od wielu lat są w ścisłej czołówce rankingu HDI.  Swoją wysoką pozycję Skandynawia zawdzięcza choćby wynoszącej około 80 lat średniej długości życia, czy bardzo wysokiemu rozwojowi gospodarczemu. Socjaldemokraci podkreślają, że to wysokie wydatki socjalne i rozbudowany wachlarz świadczeń społecznych bezpośrednio przyczyniły się do skandynawskiego dobrostanu. Odpierają zarzuty o to, że ten rzekomy dobrobyt oparty jest na wysokich podatkach, bo niemoralne jest porównywanie pieniędzy z jakością życia, która jest przecież wartością autoteliczną. 

Co więcej, zdaniem socjaldemokratów wysokie wydatki publiczne trafiają do wielu grup społecznych, nie naznaczając nikogo i nie skazując na zapomnienie. Równość to prawo do jednakowo wysokich standardów życia. Słowa te potwierdzają dane statystyczne. Najlepszym wskaźnikiem równości dochodowych w społeczeństwie jest współczynnik Giniego[8]. Państwa skandynawskie należą do krajów o najniższym jego wartościach. Szwecja i Norwegia są w trójce najbardziej egalitarnych społeczeństw na świecie.



Imponująca kombinacja danych statystycznych, z powagą i precyzją prezentowanych na rozprawie wskazuje, że socjaldemokratyczny model polityki społecznej to jeden z najlepszych i najskuteczniejszych jakie kiedykolwiek powstały. Z liczbami trudno dyskutować, ale są rzeczy, których nie da się zmierzyć prostą miarą i przedstawić za pomocą jednoznacznych wskaźników. Jak powiedział żydowski profesor Aaron Levenstein: Statystyka jest jak kostium bikini: pokazuje wiele, ale nie pokazuje najważniejszego. No właśnie. Skandynawskie państwo dobrobytu na pozór nie ma się czego wstydzić, ale mimo to niezwykle trudne jest uchylenie rąbka bikini, tak by dostrzec to, co   w rzeczywistości jest powodem całej dyskusji nad kondycją państwa dobrobytu Socjaldemokraci, jak przystało na prawdziwych twardzieli, próbują jednak zgłębić tajemnicę czterech pięknych dam czyli Szwecji, Norwegii, Danii i Islandii. Elementem tej nieco zadziornej kokieterii jest też raport Rady Nordyckiej zatytułowany: Przed czym stoi nordycki model? Dyskusja o przyszłości nordyckiego modelu państwa dobrobytu w świetle globalnej rywalizacji ekonomicznej. O samym raporcie i dalej o meandrach państwa dobrobytu w niedalekiej przyszłości ;))




[1] A. Lindbeck, Individual Freedom and Welfare State PolicyEuropean Economic Review, nr 3/1988, s.32.
[2]R. A. Cloward, F .F. Piven, The New Class War: Reagan's Attack on the Welfare State and Its Consequences, Phanteon Books, Nowy Jork 1985, s.21.
[3] H. M. Hernes, Obywatelstwo kobiet ..., s.84.
[5] Wspólnota (niem. Gemeinschaft) i  stowarzyszenie (niem. Gesellschaft). to zdaniem niemieckiego socjologa Ferdynanda Tönniesa dwa typy zbiorowości społecznejWspólnota to rodzaj stosunków społecznych oparty przede wszystkim na woli organicznej, czyli głównie na emocjach. Łączy jednostki, rozumiane jako pełne osobowości, na podstawie bliskości emocjonalnej i ogarnia całe ich życie. Stowarzyszenie to rodzaj stosunków społecznych o charakterze formalno-rzeczowym, opartych na woli arbitralnej czyli na racjonalnej kalkulacji, umowie oraz wymianie (regulowanych przez formalne prawo).
[5] S.Rudolf, Kontrowersje wokół państwa opiekuńczego na przykładzie Szwecji, w: Socjalne aspekty społecznej gospodarki rynkowej, Materiały konferencyjne, Wisła 3-5 czerwca 1996,  red. E.Okoń-Horodyńska, Akademia Ekonomiczna im. Karola Adamieckiego, Katowice 1996
[7] Miernik opisujący efekty w zakresie społeczno-ekonomicznego rozwoju poszczególnych krajów.  Do obliczenia HDI wykorzystywane są następujące mierniki podstawowe: oczekiwana długość życia, ogólny wskaźnik skolaryzacji brutto dla wszystkich poziomów nauczania, wskaźnik umiejętności czytania ze zrozumieniem i pisania i PKB per capita w USD, liczony według parytetu nabywczego waluty (PPP $). Państwa o wskaźniku równym: od 1 do 0.90 uważane są za kraje o bardzo wysokim rozwoju społecznym, od 0,90 d0 0,80 – o wysokim rozwoju społecznym, od 0,80 do 0,50 – o średnim rozwoju społecznym i poniżej 0,50 o niskim rozwoju społecznym.
[8]Miernik odzwierciedlający nierówności dochodowe w danym społeczeństwie. Im wyższy współczynnik Giniego tym mniej egalitarne społeczeństwo. Indeks wynoszący 0 oznacza idealna równość w dystrybucji dochodów a równy 100 idealną nierówność.







środa, 4 sierpnia 2010

Szwed idzie do lekarza...czyli słów kilka o służbie zdrowia państw skandynawskich...


Ciosani z twardszego drewna  tak w latach 60. ubiegłego wieku mówiono w Szwecji o mieszkańcach Norrlandii najbardziej na północ wysuniętej części kraju[1]. Położona z dala od miejskich spalin, zgiełku, smogu kraina niezliczonych jezior, lasów, jawiła się niczym leczniczy balsam dla duszy i ciała. Tymczasem zatłoczony stołeczny Sztokholm niekorzystnie wpływał na kondycję swoich mieszkańców, którzy najczęściej musieli korzystać z pomocy lekarza.  I nie byłoby nic osobliwego w tej statystyce gdyby nie fakt, że 40 lat później okazało się, że najzdrowsi są mieszkańcy stolicy, a obywatele nieskazitelnie czystej Norrlandii wyjątkowo chorowici i cherlawi. Przyczyną tego paradoksalnego przetasowania jest paradoksalnie…państwo dobrobytu. W Szwecji przeregulowanie trybików wielkiej machiny państwa dobrobytu sprawiło, że Szwedzi zapomnieli jaki jest sens służby zdrowia: skutecznie leczyć ludzi. A same machiny służby zdrowia państw skandynawskich wydają się być dosyć skomplikowane.
Na początek nieco o Norwegii. Najważniejszym elementem norweskiego systemu służby zdrowia jest lekarz pierwszego kontaktu, który jest odpowiedzialny za świadczenie potrzebnych usług medycznych w stosunku do osób ze swojej listy. Sprawuje on też pomoc natychmiastową. Ponadto taki lekarz współpracuje z pozostałymi instytucjami funkcjonującymi w ramach podstawowej służby zdrowia, a także z oddziałami opieki społecznej, jeśli jest taka potrzeba ze strony mieszkańców znajdujących się na jego liście. W zależności od konkretnego przypadku i sytuacji chorego, lekarz pierwszego kontaktu, podobnie jak polski lekarz rodzinny, może skierować pacjenta do odpowiedniego specjalisty. Mogą to być prywatni specjaliści kontraktowi, specjaliści, którzy przyjmują w regionalnym centrum medycznym, przy poliklinice przyszpitalnej  lub poliklinice pozaszpitalnej. W regionalnym centrum medycznym specjalistyczna opieka medyczna i podstawowa służba zdrowia skupione są w jednym miejscu. W przypadkach, które wymagają hospitalizacji, zarówno psychiatrycznych jak i somatycznych, pacjent kierowany jest do szpitala, zarówno publicznego jak i prywatnego. Pacjent sam może wybrać, w którym szpitalu chce być leczony. Anja Larsen, czterdziestokilkuletnia mieszkanka Narviku musi dokonać wyboru kliniki, w której przejdzie operację stawu biodrowego. Anja nie jest jednak zanadto zmartwiona tym, że na dworze srogi mróz, a każda dłuższa wyprawa z domu to ból i obciążenie dla chorego stawu. Do Anji przybywa więc przedstawiciel służby zdrowia, z którym wspólnie załatwia wszelkie formalności dotyczące wyboru placówki. Skądże znowu! Tak robiło się w Norwegii kiedyś, ale nie dziś! Anja siada więc przed ekranem monitora i na stronie www.sykehusvalg.no sama wybiera miejsce leczenia[2]. Zaznacza chorobę na liście pojawiającej się po wskazaniu dziedziny – Zdrowie Fizyczne (Fisysk Helse). Następnie wskazuje dział - ortopedia, z którego wybiera nazwę zabiegu, któremu zostanie poddana. Potem wybiera region w którym mieszka, czyli Helse Nord. Pojawia się lista kilkudziesięciu placówek, które wykonują wskazaną operację. Obok nazwy miejscowości podany jest czas oczekiwania na zabieg w konkretnej placówce oraz data aktualizacji. Często widnieje też przewidywany czas leczenia. W większości przypadków można znaleźć placówkę, która wykona zabieg za 3-4 tygodnie, a w odniesieniu do niektórych dolegliwości nawet za tydzień. Można wybrać też leczenie w prywatnych szpitalach, które zawarły umowę z regionalnymi oddziałami służby zdrowia. Ze względu na swoje wyspecjalizowanie, szpitale te stają się coraz bardziej popularne. Funkcjonuje wiele takich specjalistycznych szpitali, do których można się zwrócić, w zależności od zaawansowania stanu choroby pacjenta.. Te publiczne koordynowane są przez regionalne centra służby zdrowia ( Helse Nord, Helse Midt-Norge, Helse Vest og Helse Sør-Øst ) i to na nich spoczywa odpowiedzialność za specjalistyczne usługi medyczne dla ludności swojego regionu [3]. Charakterystyczną cechą norweskiego systemu służby zdrowia jest szeroka profilaktyka w myśl zasady mówiącej, że lepiej zapobiegaćniż leczyć. Bogata Norwegia, swego czasu, w ramach owej profilaktyki zaczęła płacić swoim obywatelom za każdy przejechany na rowerze kilometr. Większa aktywność fizyczna to przecież mniejsza zachorowalność na choroby serca  i układu krążenia.
Przyszedł czas na powrót do serca modelu socjaldemokratycznego  - Szwecji.   Będzie ciekawej, co wcale nie oznacza, że będzie łatwiej.  Wręcz przeciwnie, Szwecja szykuje się do przeprowadzenia ważnej reformy służby zdrowia, które ma być odpowiedzią na pojawiające się w ostatnich latach rysy na kryształowym wizerunku szwedzkiej służby zdrowia. Zanim jednak o rysach, najpierw o strukturze samego kryształu, czyli w tym wypadku koncepcji szwedzkiej służby zdrowia ukazanej od strony teoretycznej.
Jak przystało na modelowe państwo opiekuńcze Szwecja gwarantuje swoim  równy dostęp do opieki zdrowotnej oraz jej wysoki poziom.  Podstawowym szczeblem opieki zdrowotnej są w Szwecji  przychodnie rejonowe, udzielające obywatelom świadczeń w razie choroby lub obrażeń nie wymagających hospitalizacji. Szwedzkie przychodnie zdrowia są obowiązane do udzielenia pomocy pacjentowi w dniu zgłoszenia, a okres oczekiwania na wizytę u lekarza specjalisty nie może przekraczać 3 miesięcy. W przeciwieństwie do pozostałych państw regionu, w Szwecji to nie instytucja lekarza rodzinnego (domowego) zyskała szczególnie na popularności. Lekarz pierwszego kontaktu zazwyczaj nie kieruje całym procesem leczenia i nie pełni, jak w innych krajach, roli swoistego przewodnika w systemie. Na wizytę do specjalisty można zgłosić się bez skierowania lekarza opieki podstawowej. Rozwiązanie to nie należy do najkorzystniejszych, bowiem wielu pacjentów nadużywa  dobrodziejstwa leczenia specjalistycznego oraz nadmiernie korzysta z usług pogotowia i porad szpitalnych podczas ostrych dyżurów[4]. W Szwecji nadal główną rolę w służbie zdrowia pełni sektor publiczny, w ramach którego zatrudnionych jest aż 90% lekarzy. Sektor prywatny wraz z zakładową służbą zdrowia stanowi jedynie uzupełnienie sieci publicznych przychodni rejonowych. Planowana reforma ma zwiększyć udział sektora prywatnego oraz wzmocnić rolę lekarza rodzinnego. Gdzie wiec należy szukać wspomnianych rys szwedzkiego systemu opieki zdrowotnej?
Okazuje się, że źródłem problemów jest decentralizacja systemu. Po reformach lat 90. system opieki zdrowotnej opiera się na odpowiedzialności władz lokalnych czyli landstingów (landstignet)[5]. Organizacja, która usiłuje w najdrobniejszych szczegółach kierować najdelikatniejszą z działalności, spowodowała jedne z najdłuższych kolejek do lekarza w Europie. Maciej Zaremba w obszernym reportażu na temat bolączek szwedzkiej służby zdrowia uważa, że powierzenie langstigom decydowania o wydatkach na służbę zdrowia, która musi konkurować o środki z zakresu komunikacji regionalnej i uniwersytetów ludowych było otwarciem puszki Pandory[6]. Wyrazistym przykładem tej rywalizacji, jest głosowanie prezydium langstigu, które decydowało o tym czy sfinansować operację wszczepienia implantów słuchowych dwóm  niesłyszącym nastolatkom czy może zbudować centrum wzornictwa  w Åre? Zwyciężyło centrum stosunkiem głosów 12:1. To i inne nieszczęścia rozpleniły się i zadomowiły w systemie służby zdrowia, który ma być oczyszczony za pomocą zapowiadanej reformy.
Przeregulowanie w regionalnych systemach służby zdrowia doprowadziło do ogromnej biurokracji. Ten swoisty przerost formy nad treścią swoje apogeum osiągnął w położnym w środkowej części Szwecji regionie Jämtland (Jemtlandii). W bardzo rzadko zaludnionej[7] graniczącej z Norwegią krainie,  brakuje lekarzy, za to na jednego mieszkańca przypada dwa razy więcej „strategów” niż w innych miejscach Szwecji[8]. Zarządzaniem jednym szpitalem, 28 niewielkimi przychodniami i kilkoma innymi obiektami zajmuje się, bagatela, 360 urzędników. Ta mająca bardzo mgliste pojęcie o rzeczywistości jemtlandzkiej służby zdrowia armia strategów w ramach wszechobecności opiekuńczego państwa, postanowiła odciążyć lekarzy i bardzo dokładnie zorganizować im pełen cieplarnianych warunków system, w na co dzień zimnej Jemtlandii. Urzędnicy, którzy przecież znają się na wszystkim najlepiej, zapomnieli że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Pracownicy służby zdrowia, którym narzucono zbiurokratyzowaną i odhumanizowaną hybrydę systemową, sami przypłacili to zdrowiem. Sekretarka chorobowa w Jemtlandii ma ponad dziesięciokrotnie wyższą absencję chorobową niż robotnik w Bawarii[9]. W całej służbie zdrowia Jemtlandii jest zatrudnionych ponad 150 asystentów i asystentek. Przeciętnie są oni na zwolnieniu dwa miesiące w roku! Okazuje się, że pozycję regionu w tej niechlubnej statystyce windują też pracownicy innych sektorów. I nie ma się czemu dziwić, bo jak uważa członek LO - Bo Ohlström, wysoka absencja jest biernym protestem przed złym warunkom pracy lub złym warunkom społecznym w ogóle[10]. Tym bardziej, że szwedzki system wyjątkowo sprzyja wszelkim nadużyciom. Początków syndromu chorych Szwedów można doszukiwać się w latach 70., kiedy mogli sobie na to pozwolić, bo było ich stać. W 1974 roku tajemnicza niemoc przekroczyła magiczną granicę 100 milionów dni chorobowych. A psycholog Lars Andersson pisał, że wysoka absencja jest dobra i w związku z tym musimy mieć prawo odczuwać dyskomfort jako chorobę[11]. Na długą listę chorób będących podstawą zwolnienia trafiły też wypalenie, wyczerpanie, chroniczne zmęczenie, a nawet szwedzka specjalność czyli nadwrażliwość na prąd. Co więcej, szwedzcy pracownicy są na tyle lojalni wobec swoich pracodawców, że uprzedzają ich o przyszłej niedyspozycji i zwolnieniu. W listopadzie 2002 roku policjanci z Bolänge zapowiedzieli, że w styczniu 2003 roku wszyscy będą chorzy i w związku z tym wykorzystają przysługujące im zwolnienie zdrowotne. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, bo w Szwecji chory znaczy przecież tyle samo co niezadowolony. W krainie obłożnie chorych jest jednak miejsce, w którym pracownicy są wyjątkowo zdrowi, tym samym ośmielając się zaniżać jemtlandzki rekord. Jest to osławiony na cały region ośrodek opieki w Oviken. Zaledwie 2,8 dnia absencji na jednego zatrudnionego wydaje się być czymś nieosiągalnym? A jednak udało się! Równie nierealna zdaje się być sytuacja, kiedy pracownicy nie biorą wolnego nawet przy wysokiej gorączce, tylko zamieniają się ze sobą dniami.  Cud w Oviken dokonał się jednak całkiem niedawno, bo jeszcze kilka lat temu opiekunki z ośrodka cierpiały na liczne choroby ze szwedzkiego zestawu narodowego. Co było powodem tak drastycznego przejścia od depresji do radosnej pewności siebie? Cudu dokonała reforma, która zastąpiła zbiurokratyzowany, niedostosowany do realiów system langstigu nowym, bardziej elastycznym i korzystnym zarówno dla pracodawców, jak i pracowników porządkiem. Okazało się, że najlepszym lekarstwem na szwedzkie choroby jest zmniejszenie wszechwładzy państwa dobrobytu, które niczym orwellowski Wielki Brat chce wiedzieć i kontrolować wszystko. Tym bardziej, że państwo to, samo strzela sobie gola centralizując standardy dobrobytu. Obietnice takich samych pensji, podatków czy cen jak w stołecznym Sztokholmie, oznaczają bowiem, że samowystarczalna Jemtlandia jest czymś nierealnym. Wspominana reforma służby zdrowia oraz dyskusja nad przyszłym kształtem skandynawskiego państwa dobrobytu dążą  do zwiększających partycypację obywateli, rozwiązań.


[1] M. Zaremba, Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji, Wołowiec 2008, s.77.
[4] Warunki życia i pracy w krajach Europejskiego Obszaru Gospodarczego – Szwecja,  s. 36.
[6] M. Zaremba, op. cit., s. 103.
[7] Gęstość zaludnienia w regionie Jämtland wynosi zaledwie 2,6 osób/km².
[8] M. Zaremba, op. cit., s. 89.
[9] Ibid., s. 66.
[10] Ibid., s. 75.
[11] Ibid., s. 76.